Życie każdej osoby biegnie własnym traktem. Codzienność przewija się jak klatki filmu, których nie chcemy oglądać. Czasem bieg wydarzeń zwalnia, plącze się i zawiązuje. Jednak potem zaczyna szaleńczo gnać na łeb, na szyję. Umieram. Moje życie jest jak zapomniana, a jednak ukochana książka. Wiemy, że jest - istnieje w ciszy na półce, jednak nie sięgamy po nią zbyt często - znamy ją na pamięć. Potrafimy wyrecytować jej kawałki z pamięci - tak bardzo chcemy, by istniała w naszych umysłach. Tak, znam go na pamięć. Umiejętność czytania książek zanika wraz z rozwojem komputerów, telefonów - era Internetu. Zwalniam. Kocham powracać. Powroty są ckliwe i bardzo emocjonalne. Czytam. W każdej powieści mam swój ukochany moment, gdzie czytam każdą linijkę tysiąc razy wolniej, przeżywam je tak jak wyimaginowani bohaterzy w mojej głowie. Często śnię. Zazwyczaj widzę w swoich snach osoby, których mi najbardziej brakuje w danej chwili. Przewija się tam rodzina, przyjaciele, koledzy - nieznajomi. Zamykam oczy. Tak - widzę go przed nimi, widzę jego wyraz twarzy kiedy na mnie patrzy. Czuję jego dotyk. Odwracam się, uciekam. To takie nierealne. W prawdziwym życiu nigdy by to nie zaistniało. Kocha mnie. Nie! Nie kocha. Jesteśmy do siebie bardzo przywiązani, wręcz jedno bez drugiego nie może istnieć. Tylko szkoda, że w tą naszą harmonię zawsze wplątana jest jakaś ONA. Wiem, że to przejściowy okres, że zaraz TO się skończy. Zawsze się kończy. A rozpoczyna krwią. Moją krwią, gdy postanawiam sobie, że do niego nie napiszę, nie zadzwonię, nie odezwę się. To coś jak taka uroczysta obietnica zakrapiana nieczystą hemoglobiną. Zatruwam się od nowa dymem nikotynowym, zatapiam swoja wątrobę winem. Mieszam z nim świarzą krew. Płaczę. Niezbyt często, a jednak. Udaję sliną, śmieję się w głos, jestem w centrum. Nie przyznam się. To jak wyznanie najgorszej zdrady, jak umieranie. Moja psychika wysiada, mówi zatrzymaj się. STOP! To ja. Poznaj mnie. Ucieknij, bo czuję, że Cie przerażam. Żegnaj, piękny koszmarze.