and what if...?

and what if...?

piątek, 2 listopada 2012

self harmer - again?

Wzięłam... skalpel do ręki. Przypomniałam sobie jego ciężkość. Znajome uczucie gdzieś tam w środku. Ciągnie mnie. Westchnęłam ciężko. Raz, drugi. Przeciągnęłam wzrokiem po gładkiej powierzchni ostrza i odruchowo rzuciłam okiem na nadgarstek. Tak. Jeden (nie)przemyślany ruch i znowu wpadnę w nałóg. Znowu będę się kryła. Nie. Nie zrobię tego, nie mogę i nawet nie wiem czy dalej potrafię. Zrobić sobie krzywdę. Zastanawiam się chwilę - jedną, drugą. Dużo czasu do namysłu, tak? Nie. Im dłużej odwlekam tę decyzję tym bardziej wiem, że nie potrafię. Nie mam dla kogo, albo jak kto woli przez kogo. Bo nie mam nikogo. Odkładam starego przyjaciela schowanego na miejsce. Myślę. Ile razy zrobiłam to przez niego i jak bardzo bolało. Jak nie mogłam zapomnieć i nie mogłam się powstrzymać. Przysięgałam sobie raz, drugi. Przysięgałam jemu trzeci, czwarty. Oczyszczający ból - tak to nazywałam. Już rok ostrze nie posmakowało krwi. Czy przez tę chwilę samotności mam to zaprzepaścić? Czy warto? Nikt mi nie odpowie na to pytanie, sama powinnam to zrobić. Zawsze sama, samotna, pozostawiona, porzucona, niechciana. Ja po prostu nie jestem typem dziewczyny, w której zakochują się mężczyźni. Nie jestem osobą, która zatrzymuje przy sobie ludzi na długo. Pozwalam im odejść - szybciej, wolniej. Bo oni nie czują więzi przyjaźni, a ja nie potrafię wzbudzić w nich tego uczucia. Jestem sobą, niezmienną, a jednak mimo wszystko tak inną od nich wszystkich. Tak chciałabym, aby ktoś w końcu mnie odnalazł, zatrzymał i zrozumiał.

Hej przyjaciele!
Zostańcie ze mną.
Przecież wszystko to co miałem oddałem Wam.
Hej przyjaciele...Choć chwilę jedną.
Znowu w życiu mi nie wyszło i znowu jestem sam.