Zawiodłam się na Tobie. Mimo całej mojej miłości do Ciebie, zawiodłam się na Tobie. Znowu nocami wypłakuję sobie oczy, bo tak chcę Ciebie z wczoraj. Chcę wiedzieć co u Ciebie, chcę się czuć znowu potrzebna. Chcę Cię kochać mimo wszystko, bo tak bardzo potrzebuję Ciebie tutaj przy mnie. Wiele dla mnie znaczysz, nawet teraz. Czasami mam wrażenie, że skończyłam z tym nałogiem związanym z Tobą. Kiedyś Ci na mnie zależało, kiedyś widziałam w Tobie oparcie. Szkoda, ze to wszystko minęło. Zawzięcie szukam jakiegoś rozwiązania, wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji. Katuję siebie sama, wyolbrzymiając Twoje superlatywy. Chcę wierzyć, że każde Twoje słowo było prawdą i pamiętasz o nich. Nie pamiętasz, nawet ośmielę się powiedzieć, że nie chcesz pamiętać. Jestem brudną plamą w Twoim życiorysie, byłam błędem. Lata z Tobą były dla mnie bardzo ważne, a Ty mnie po prostu zawiodłeś. Nie potrafiłam się powstrzymać przed pozwoleniem Tobie zapomnieć o mnie. Tak bardzo się tego bałam. Rujnowało mi to życie. Bo jak ta kretynka przypominałam Tobie o mnie. Wymuszone rozmowy, miłe słowa. Wszystko to było jedno wielkie pieprzenie i sam sobie powinieneś to wszystko potwierdzić. Wszystko czego w tym momencie bym chciała to wiedzieć na czym stoję. O czym mam myśleć. Jak przestać myśleć o Tobie. To jest bardzo nieracjonalne, wręcz głupie - rozpamiętywać to wszystko. Ale to nadal były najlepsze lata mojego życia i chcę je czasami z powrotem. Boję się cholernie samotności i nie chcę być samotna. Dawałeś mi to ciepło, którego potrzebuje każdy człowiek. Bez którego ciężko jest żyć. Muszę się nauczyć żyć sama, bez Ciebie gdzieś z boku. Bo ja wiem, że już nie wrócisz i łudzę się na darmo. Jesteś sobie gdzieś tam, a ja tu, nic dla Ciebie już nie znacząca, dawna i zapomniana osoba, nazywana od czasu do czasu najlepszą przyjaciółką. Tak. Tyle tylko zostało po Tobie we mnie. Ta cholerna pustka, której niczym nie potrafię zapełnić. I to gorące uczucie, o którym wiedziałeś i nadal nie pozwalałeś mi odejść. Teraz ja nie pozwalam sobie oderwać się od Ciebie. Co ja zrobiłam? Raniąc siebie raniłam i Ciebie i pewnie za to mnie tak nienawidzisz. Żałuję wiary w te wszystkie brednie i kłamstwa. Nie w słowa kocham Cie. Tylko w obietnice będzie lepiej. Nie będzie i nigdy nie miało być, to tylko takie puste słowa, żeby nam nie było przykro. Żadne z nas nie potrafiło tego wszystkiego dokończyć, może dlatego, że kiedyś było to dla nas ważne. Byłeś dla mnie wszystkim. Słońcem, deszczem, snem, jawą. Tak bardzo lubiłam budzić się przy Tobie. Rozmawiać nocami, bo nocą wszystko tak pięknie brzmi. Tak bardzo się wtedy oszukiwałam. Ze coś znaczę. Chciałam coś znaczyć. Nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że te słowa nie są na zawsze. Zawiodłam się też na sobie, a to jest cięższe do zrozumienia niż cokolwiek innego. Tyle przegrać. Przegrać życie. Przegrać przyjaźń. Przegrać przeszłość. Przegrać przyszłość. Przegrać siebie.
Kiedy pośród miliona ludzi człowiek wciąż czuje się samotny - szuka miejsc, w których może nareszcie być sobą.
and what if...?
czwartek, 20 grudnia 2012
piątek, 2 listopada 2012
self harmer - again?
Wzięłam... skalpel do ręki. Przypomniałam sobie jego ciężkość. Znajome uczucie gdzieś tam w środku. Ciągnie mnie. Westchnęłam ciężko. Raz, drugi. Przeciągnęłam wzrokiem po gładkiej powierzchni ostrza i odruchowo rzuciłam okiem na nadgarstek. Tak. Jeden (nie)przemyślany ruch i znowu wpadnę w nałóg. Znowu będę się kryła. Nie. Nie zrobię tego, nie mogę i nawet nie wiem czy dalej potrafię. Zrobić sobie krzywdę. Zastanawiam się chwilę - jedną, drugą. Dużo czasu do namysłu, tak? Nie. Im dłużej odwlekam tę decyzję tym bardziej wiem, że nie potrafię. Nie mam dla kogo, albo jak kto woli przez kogo. Bo nie mam nikogo. Odkładam starego przyjaciela schowanego na miejsce. Myślę. Ile razy zrobiłam to przez niego i jak bardzo bolało. Jak nie mogłam zapomnieć i nie mogłam się powstrzymać. Przysięgałam sobie raz, drugi. Przysięgałam jemu trzeci, czwarty. Oczyszczający ból - tak to nazywałam. Już rok ostrze nie posmakowało krwi. Czy przez tę chwilę samotności mam to zaprzepaścić? Czy warto? Nikt mi nie odpowie na to pytanie, sama powinnam to zrobić. Zawsze sama, samotna, pozostawiona, porzucona, niechciana. Ja po prostu nie jestem typem dziewczyny, w której zakochują się mężczyźni. Nie jestem osobą, która zatrzymuje przy sobie ludzi na długo. Pozwalam im odejść - szybciej, wolniej. Bo oni nie czują więzi przyjaźni, a ja nie potrafię wzbudzić w nich tego uczucia. Jestem sobą, niezmienną, a jednak mimo wszystko tak inną od nich wszystkich. Tak chciałabym, aby ktoś w końcu mnie odnalazł, zatrzymał i zrozumiał.
Hej przyjaciele!
Zostańcie ze mną.
Przecież wszystko to co miałem oddałem Wam.
Hej przyjaciele...Choć chwilę jedną.
Znowu w życiu mi nie wyszło i znowu jestem sam.
Hej przyjaciele!
Zostańcie ze mną.
Przecież wszystko to co miałem oddałem Wam.
Hej przyjaciele...Choć chwilę jedną.
Znowu w życiu mi nie wyszło i znowu jestem sam.
wtorek, 16 października 2012
we used to talk a lot
Kiedyś rozmawialiśmy. Kiedyś witałam dzień Twoim dzień dobry, a Ty wiedziałeś, że pożegnasz swój moim dobranoc. Co się zmieniło? Starałam się. Może za bardzo? Poprzez nietrzeźwe patrzenie na świat miałam zaburzony obraz właściwego Ciebie. Wyidealizowany? Odbierałam wszystko jaśniej i wyżej. Ale czy lepiej? Stałeś się dla mnie ostoją jak ja dla Ciebie opoką. Byłam. Krzyczałam ze szczęścia, cicho szeptałam smutki. A Ty wiedziałeś, że gdzieś w eterze jestem cicha ja, trochę zagubiona, trochę wystraszona. Biegnąca na pomoc jeśli tyko jej potrzebujesz. Każdy ból i każde cierpienie przelewałeś na mnie i stawałeś się znowu wolny i radosny. Ja za to trawiłam to wszystko w sobie jak coś bardzo ciężkostrawnego. Obolała ale z uśmiechem na twarzy witałam nowy dzień po nieprzespanej nocy. Kolejny Twój problem prysł. Nie pomyślałeś jednak, że zostawiają one rysy na mojej duszy. Czas nie leczy ran. Ja zapamiętałam dokładnie każdą Twoją troskę. Nasza przyjaźń była przepełniona bólem i może to właśnie dlatego jest teraz tak trudno. Nie da się zbudować domu na piasku. Uciekałeś ze szczęściem gdzieś daleko. Nie dzieliłeś się nim. Ja przeżywałam swoje chwile sama albo starałam się je bagatelizować. Nie mogłam się nimi z Tobą podzielić. Nie wyobrażasz sobie jak bardzo tego chciałam. Nigdy nie potrafiłam wykrztusić, że mi Ciebie brakuje, że tęsknię. Czy odchodziłeś czy wracałeś ja witałam Ciebie z lśniącymi oczami. Widziałeś je? Pewnie nie, pewnie nie obchodziło Ciebie to co czuję, ważny był Twój nowy problem. Może tym razem znowu zbyt surowo osądzam. Chciałeś, prosiłeś abyśmy mieli więcej czasu dla siebie. Tylko nie rozumiem dlaczego mimo wszystko tak boleśnie mnie odtrącasz. Nawet nie wiesz, ile bym dała żebyś mnie przytulił sam z siebie. Żeby już nigdy więcej nie zobaczyć tej chorej obojętności w Twoich oczach kiedy przypadkowo wpadnę (tak, ja wpadnę, bo Ty mnie nie zauważysz) na Ciebie na ulicy. Żeby znowu zobaczyć od Ciebie wiadomość. Żeby już nie czekać. Kilkakrotnie wpadałam w stan, który by można nazwać letargiem, kompletną bezgraniczną obojętnością. Tak mi się przynajmniej zdawało. Nie było Ciebie blisko, nie było Ciebie daleko, wysoko czy nisko. Nie było Ciebie i koniec i kropka. Mi zatem wydawało się, że nie potrzebuję Ciebie. Już nie. Udawało mi się poukładać wartości, poustawiać na półeczkach w duszy wszystkie wyższe idee. Wtedy jak tornado wpadałeś i demolując wszystko ustalałeś nowy porządek. Powtarzałeś się. Systematycznie. Diabolicznie. Boleśnie. A kiedy znowu huragan ucichł posłusznie zabierałam się za sprzątanie po Tobie. Ale szafki się już połamały. Moja dusza jest załamana. Bo ja czekam. Szepczę cicho: proszę wróć, proszę wróć, wróć, wróć proszę. Zrób bałagan w mojej duszy. Z bałaganem mi do twarzy. Ten bałagan oznajmia powrót ciepła. Powrót Ciebie. Przyjaciela do przyjaciółki. Duszy do duszy. Serca do serca. Powrót nas.
niedziela, 16 września 2012
with a heart on fire
Kiedy myślę o nim boli mnie serce. Ale jest lepiej, kiedyś bolało mnie całe ciało (a wiedzcie, że jest tego dużo). Starałam się zrozumieć i przeanalizować sytuację. Tego nie da się pojąć. Kochałam go przez całe życie, dobrze wiedzieć, że on tez mnie kocha. To wszystko rozpadło się na kawałki. Ta miłość nie przetrwała. Byłam jego najlepszą przyjaciółką przez większość mojego głupiego życia. Raniłam siebie, starałam się trzymać fason, być kimś. Ale to nic nie dało, nie pomogło. Bo on nie był dla mnie przyjacielem. Zawsze czegoś chciał, niczego nie dawał w zamian. Teraz to widzę. Ludzie nic nie widzą, gdy są zakochani. Jakiś czas temu otworzyły mi się oczy i staram się czerpać z życia garściami. Tak, myślę o nim od czasu do czasu w czterech ścianach swojego pokoju. Myślę, ile bym dała, żeby dowiedzieć się co się dzieje i jak będzie dalej. Czuje się samotna i wiem, że potrzebuję kogoś. Często zastanawiam się jakby to było mieć kogoś do kogo możesz podejść, przytulić się i znaleźć oparcie. Ale teraz już wiem, że to już nie będzie ten, dla którego zrobiłam tak wiele. Czasem marzę o cieple, ale wiem, że może to jeszcze nie czas. Tęsknię, ale ta tęsknota już nie jest w stosunku do kogoś. Tylko do normalnego, szczęśliwego życia. Zawsze myślałam sobie : Czy my już zawsze na zawsze będziemy się przyjaźnić? Tak, zawsze tego chciałam. To dodawało mi siły. Teraz wiem, że tak nie będzie i nigdy miało nie być. Staram się, naprawdę się staram uwierzyć w siebie. Jestem sobą, zmienna niczym wiatr na morzu. Mam nadzieję, że niedługo ktoś to odkryje. Ludzie dozują mi wrażenia związane z odejściem mojego przyjaciela. Nie rozumiem tego, czemu nie mogą zrozumieć, że mi już nie zależy? Owszem, bardzo tęskniłam. Ale już mi przeszło. Przeszło i zapomniałam. Naprawdę nie sprawia przyjemności co parę dni dowiadywanie się nowych newsów typu: tak, on Ciebie kocha, ale nigdy nie wyobrażał sobie bycia z tobą. A kto powiedział, że ja chciałam z nim być? Po prostu przy nim czułam to ciepło, te motyle w brzuchu. Czułam to wszystko i chciało mi się żyć. A kiedy znikał... Coś ostrego zawsze pomagało, a on wracał. Teraz wszystko się zmienia. Nie sprawiam sobie bólu, nie cierpię przez niego. Piszę tę notkę, bo może faktycznie lepiej mi będzie poczytać za parę lat jaka byłam szczęśliwa 16 września 1012r, a nie jaka byłam beznadziejnie smutna. Tak, nigdy nie chciałam pozwolić Ci odejść. Ale kiedy to już się stało widzę, że idę w dobrą stronę. Tylko czy znajdę szczęście?
piątek, 15 czerwca 2012
I hate me too
Ona nie potrafi być sama. Nie umie. Błąka się uliczkami swojego samotnego umysłu. Już się nie stara odnaleźć. Nie ma siły. Wydawać się może, że upadła i nigdy nie wstanie. Nie potrafi pogodzić się z faktem, że jest sama. Że nie ma nikogo innego obok, kogoś kto lubi ją i komu może zaufać. Jej świat jest mały. Zbyt mały żeby pomieścić jeszcze więcej bólu i cierpienia. Kiedy wyleczyła się z upuszczania bólu krwią teraz nie potrafi się go pozbywać. Wypełnia ją. Nic nie spakuje tak samo, żaden obraz nie przypomina poprzedniego. Zatraca się w tej cholernej ciszy. Ciszy słów, które chciałaby usłyszeć. Sny już nie są dla niej ucieczką. Nie ma żadnych swoich momentów. Myśli. Cały czas. Otoczona przez ludzi. Ludzi, którzy idealnie udają. Nauczyła już się rozszyfrowywać zachowania, wie co jest dobre a co jest wyimaginowane. Ona.. Nie potrafi być sama. Przytłoczona ciężarem przepływających przez jej zbolały umysł myśli ona po prostu nie potrafi być sama. Może udawać niezależną. Może śmiać się. Może nic nie mówić. Ale każda piosenka, której słucha dokładnie wyraża to, co czuje w tym momencie. Not strong enough. Uciekła. Uciekła od Ciebie i teraz żałuje. Teraz tygodniami nie będzie potrafiła się pozbierać. Boli ją to, że nawet nie skomentowałeś tego czynu. Nie ma Ciebie w jej życiu. Teraz oficjalnie jest sama. Sama jak... jak nigdy. Szczerze. Czasami wydaje jej się, że może będzie dobrze jej samej. Ale wtedy zaczyna się ten okropny ból w okolicach serca. Bezdech. W sumie nie dziwi się nikogo, że jej nie wybrał. Sama by siebie nie wybrała. Nie potrafi pogodzić się tylko z tym, że jest sama. Każdy kogoś ma. Ona jedna nie ma. Ona jedna już nie stara się przywitać kogoś z wielkim zapałem. Boi się. Boi się, że tak szybko jak kogoś poznała tak szybko ten ktoś odejdzie. Boi się cholernie. Powinna się już przyzwyczaić. Takie jest życie. Tylko będą samotną pośród tłumu boli kiedy widzi się wszystkie powiązania międzyludzkie. Wielka sieć jak pajęczyna, tylko ona nie jest jej częścią. Nothing to lose. Samobójstwo? Nie! Nigdy o nim nie myślała, żeby żyć trzeba mieć siłę. Mimo, że ona nie potrafi tak dalej. Brnie w życie. Trzyma się kurczowo czegoś co trochę rozjaśnia jej szare niebo. Niebo bez spadających gwiazd. Niebo bez marzeń. Nie potrafi już marzyć. Chce tylko spokoju. Ciepła. Ciszy. In the end. A na końcu? Nie końcu błaga samą siebie, żeby wytrwała w swoim postanowieniu. Nie ważne jak będzie płakała. Za dużo razy się przez niego pocięła, żeby teraz nie przetrwać. Umrze z bólu. Ale wytrzyma, łudzi się, że wytrzyma... Fucking perfect.http://24.media.tumblr.com/tumblr_m20ut5oFGm1qkrafeo1_500.png
wtorek, 24 kwietnia 2012
and going away means forgetting
Ostatnie dni zlewają się w jedność. Upływają godziny, a ja nie czuję uciekającego czasu. Uciekają mi ważne szczegóły, a ja nie potrafię dostrzec w tym prawdy. Uszystko ostatnio wyczuwam jako fałsz. Jakby każda znana mi osoba bawiła się moją naiwnością. Czuję jakbym była marionetką, była ofiarą jakiegoś głupiego żartu, któremu się poddałam. Nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że skierowane w moją stronę działania nie są czyimś głupim pomysłem. Nie wiem czemu, nie potrafię o tym myśleć pozytywnie. Każde słowo, które usłyszę, każdy czyn. Staram się połączyć w jedno wielkie kłamstwo. Myślę, że przyzwyczaiłam się do takiego traktowania mnie, dlatego przyjmowanie do wiadomoci, że ktoś to robi prosto z serca dla mnie jest bardzo trudne. Zawsze musiałam być tą osoba, która się stara. Myślałam, że komuś na mnie zalezy, tylu fałszywych przyjaciół.. Tak bardzo chciałam mieć przyjaciela, tak bardzo się starałam. Szkoda, że nikt nie znalazł we mnie swojej przyaciółki. Spędzając nieprzespane godziny zastanawiałam się co jest ze mną nie tak. Te myśli zawsze mnie przytłaczały, czasem mocniej, czasem lżej. Wypłakując łzy zastanawiałam się w czym jestem gorsza? Starałam się znaleźć błąd, który można było naprawić. Coś czego może nie dostrzegałam, ale nie potrafiłam znaleźć czegokolwiek co mogłabym w sobie zmienić. Dla przyaciela nie powinniśmy się zmieniac, prawda? Usilnie czakałam, aż przyjdzie czas, w którym spotkam kogoś, kto pokocha mnie taką jaką jestem. Ostatnie prawie dwa tygodnie upłynęły pod wielkim znakiem zapytania wyznacznika mojego szczęścia. Przeliczyłam się chyba, jak zawsze z resztą. Myslałam, że sobie wszystko poukładam. A to już trzy tygodnie ciszy. Ciszy, którą przerwę niebawem. Zakończę w taki sposób, aby nigdy o mnie nie zapomniał. Ale tutaj, tu na miejscu dzieje się coś czego nie potrafię zrozumieć. Tylu rzeczy nie potrafię przeanalizować. Zawsze sobie mówię, że czegokolwiek nie zrobię zawsze będzie mnie bolało. Bo ja nie zranię drugiej osoby. Nie potrafię. Nie na poważnie. Obkręcam wszystko tak, aby ból przeszedł na mnie. Masochizm? Tak. Ale przynajmniej mam czyste sumienie.
wtorek, 3 kwietnia 2012
but you constantly read it over and over again to torture yourself
Sypie mi się grunt pod nogami. Kiedy wydaje mi się, że prawie już się ustatkowałam, już prawie mam to, czego tak bardzo oczekuję, mam to już mieć, zaraz, za moment... ucieka mi. Ucieka mi, ale w taki sposób, pokręcony, niezauważalny, taki gdzie nie mogę tego ogarnąć swoim omkłym umysłem. Taka dziura w głowie, przez którą uciekają myśli jak dym papierosa przez szparkę pomiędzy oknem a framugą. Okrągłe blizny na rękach przypominają mi, że papierosy też mi kiedyś pomagały. Oczyszczenie tak idealne, że mogłabym o tym śnić. Chcąc być czystą byłam przekonana, że to na mnie pora. Taki rytuał powtarzany, taki moment, który oznaczał koniec, a zarazem początek. Dziwna chwila, gdzie dwie skłócone jaźnie walczą ze sobą o tą czystość psychiczną wiążącą się z bólem. Taka myśl przeszywająca umysł, obolały umysł pragnący jedynie wolności i spokoju. Zamknięte cztery ściany pokoju przypominają o samotności w bardzo oczywisty i nie uchroniony sposób. Samotność. Brzmi tak pięknie, dumnie. Człowiek nie może sobie pozwolić, aby zawładnęły nim uczucia. Podążając za głosem czy to serca, czy rozumu racjonalność powinna mu przyświecać. Tak, to jest niemożliwe. Racjonalność, czysty realizm. Jak? Słysząc słowa puste, nie znaczące nic. Jak mam pomyśleć o czymś zupełnie innym? Jak? Zwracając się do innych nie pomogę sobie samej. Czekam na słowa, czekam na gesty, na próżno wyglądam za nimi. Nie widzę przyszłości, żadnej nadzieji. Myśląc o tym, o nim, o sobie. Nasz świat, tylko nasz, w którym potrafimy kochać. Dziwne uczucie, dziwne naprawdę. Takie... Magiczne, nie z tego świata. Poczuć, tego pragnę. Nie odczuwam niczego, cokolwiek się dzieje. Starając zwalczać to oschłością myślę o tym ile bym dała za normalne życie. Ile bym musiała zmienić, aby POCZUĆ. Gubię się. Wiedząc o tym błąkam bez drogowskazów nie pozwalając sobie pomóc. Jestem głupia i naiwna. I nawet to, że mówisz, że mnie kochasz już nic nie pomoże.
niedziela, 25 marca 2012
some things don't change
Gubię się. Znowu. Po raz kolejny zadaję sobie psychiczny ból. Umieram. Plącze mi się wszystko i mimo, że staram się trzymać swoje życie w garści wymyka mi się cześć wspomnień, które szybko zawładają moimi myślami. Chwilami mam wrażenie, że to już koniec. Że nie panuję nad swoim życiem, mój świat, który tak starannie budowałam rozpada się na małe kawałeczki. Staram się nie przywiązywać do ludzi. Tylko to moje serce oddaje każdemu kawałek siebie, a kiedy odchodzą cześć mnie zostaje z nimi. Ludzie zawsze odchodzą, zawsze. Tylko ja nie mogę w to uwierzyć. Każde wspomnienie, które dzielę z daną osobą... Nie potrafię go ot tak zapomnieć. Dziwi mnie to, że oni zapominają. Ja nie potrafię, każde jest dla mnie bardzo cenne. Ja żyję wspomnieniami, czy to źle? Tyle ludzi już odeszło. Moja wina? To tak jakbym była nie wystarczająco dobra. Co robię źle? To nie takie proste. Czasami myślę, że może łzy wyczyszczą moją obolałą duszę, ale nie. To trudniejsze. Bo ja nie potrafię nikogo zastąpić. Jak byłeś to już na zawsze, nie ważne, że odszedłeś. Nie zapomnę o Tobie, bo obiecałam. Staram się dotrzymywać obietnic, może nie wszystkich, ale staram się. Rany już nie cieszą jak wcześniej. Ból zawładnął moim światem, ale śmieję się z tego. Jestem bezradna wobec przeznaczenia, czas się z tym pogodzić. Są przy mnie inni, co nie znaczy że kiedy widzę szczęście w Twoich oczach nie mam ochoty złapać skalpela w rozpaczy, że to nie ja sprawiam, że się śmiejesz. Zapomniałeś o mnie już dawno temu. Tylko twoja chora podśwaidomość każe Ci do mnie zadzwonić, krzyknąć że mnie kochasz, a potem zapomnieć o mnie znowu. A ja znowu Ci wybaczę, nie ważne ile razy zapomnisz, ile razy odejdziesz. Staram się z tym walczyć, kłócę się ze sobą. Widzisz? Wcale nie chciałam teraz o Tobie pisać. Ale każdy ból, który zamiast na ręce, przelewam tutaj choć po części związany jest z Tobą. Bo zobaczyłam, że się z kimś spotykasz ot tak sobie właśnie, tak jak nigdy ze mną. Bo przekonuję się, że zapomniałeś... Tak. Chcę to wyrzucić, zrobię to. Skończę z tym, albo ze sobą. Nie mam wyjścia, sama to widzę. Ale boję się śmierci, tak cholernie się boję, że kiedyś zobaczysz, zobaczysz jak bardzo brakuje Ci mnie. Mnie już nie będzie, nie z Tobą. Nie zapomnę o ludziach, których nie ma przy mnie. Ale nie będę ich na siłę trzymać. Mam wokól siebie wielu nowych znajomych. Może stanie się tak, że kiedyś spokojnie będę potrafiła pomyśleć o tych, których gwiazdy dawno już zgasły. Jestem sama, może całe życie będę. Ale nie pozwolę, aby moje życie wypełnione było bólem. Jestem sobą, zawsze. Nie zmienię się dla nikogo. Oświetlana światłem Księżyca wpadającego przez moje okno zetrę te łzy, które raz po raz skapują mi z koniuszka nosa. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. Tak ja co noc będę siedziała przy biurku przed oknem i czekała. I już żadne 'proszę wróć' nie będzie miało znaczenia. Nie będzie miał kto wrócić.
wtorek, 14 lutego 2012
nawet dostałam walentynkę od Ciebie.
To nic nie znaczy. To kompletnie nic nikogo nie obchodzi. To ulatuje niczym powietrze z balonika. Nie chce walentynek, namalowanych serduszek. Nie chcę. To boli, tak cholernie boli. Liczy się gest, tak? Szkoda, że rani. Szkoda, że nie liczymy się z tym, że może jednak ktoś tego nie chce? Nie chce złudnych obietnic, nadziei? Nie chce czuć się wyrzutkiem. Może w tym momencie niektórzy się uśmiechną, wykrzykną: jestem lepsza! Tak. Wiem, że robię błąd, ale nie mogę już tak dłużej. Nie mogę, rozumiesz?! W każdym otoczeniu niby akceptowana. W każdym środowisku niby ktoś mnie lubi. Z litości? Po co ja marnuję swój czas. Wytłumaczcie mi to. Ja się chciałam dobrze bawić, starałam się. Ale czym ja mogę zaimponować? Każdy jest lepszy. Dosłownie każdy. Nie chcę Twojej pomocy. Nie chcę być tą naiwną kretynką. Chcę uciec, jak ja bardzo chcę uciec... Nie mówcie mi: bądź silna! Nie przekonujcie: dasz radę! Nie kłamcie, bo ja uwierzę. A gdy zrozumiem, że to tylko marzenie skończy się to jak to się zawsze kończy od dobrych kilku lat. Owszem, z przerwami. Dłuższymi, krótszymi. Ale kończy się w ten sam, jeden, niezaprzeczalny sposób. Dziwne jest takie radzenie sobie z tym całym nawałem złych doświadczeń. Was to przeraża? A mnie to boli. Boli do cholery. Fizycznie, psychicznie i kurwa w przenośni też! Moje łzy, moje szczere łzy. Drugi raz w życiu szczerze dzisiaj płaczę. To jest takie chore. Pełne sprzeczności. Czemu? Bo jestem nieakceptowana? Niezrozumiana? Bo usilnie się staram i jak zwykle mi nie wychodzi... Tu nawet nie chodzi o facetów, to błahe jest przecież. Tu chodzi o mnie, o to, że zawsze jestem rangi przyjaciółki. Bo chcecie mi usilnie wmówić coś, w co ja uwierzę. Wrażliwa? Tak, jestem wrażliwa. Silna? Nie, tylko na pokaz. Tylko, bo ja nie ronię łez bez powodu. Wykrzyczeć całemu światu, że jestem samowystarczalna? Kiedy ja nie jestem, Kiedy ja pragnę się przytulić, mieć z kim się pośmiać. Straciłam już wszystkich i każdego z osobna. Moje relacjie z osobą, z którą chciałam się zaprzyjaźnić psuje facet, przyjaciela/brata już nie mam. Wszyscy są tak strasznie daleko. Powiedziałam sobie: Aga ustąp. Zawsze to robisz. Nigdy nie walczysz. Powiedzieliście mi: nie, nie ustepuj. Chociaż raz. I co ja z tego mam? Kolejne blizny? Kolejne rozczarowania? Kolejna noc stracona na rozmyślaniach i błaganiach o litość. Chcę spokoju, czy ja tak duzo wymagam? Powiedzcie mi. Bo może za dużo, może muszę coś zmienić. Ja poprostu nie potrafię być szczęśliwa.
środa, 8 lutego 2012
a nie tą, co żałośnie całą noc w gardle pali ogniem.
Nie mogę już. Coś robię źle. Pogubiłam swoje priorytety. Znowu pozwoliłam sobie się zakochać. Błąd, który popełniamy drugi raz nie jest już błędem. 'Ty lubisz cierpieć' usłyszałam od kogoś tam kiedyś tam. Tak. Wiem. Zrywam umowę bezpowrotnie. Bo wracam. Do tego nieubłaganego nałogu. Zabijcie mnie, ale muszę. Nie zrozumie mnie nikt, bo sobie zwyczajnie na to nie pozwalam. Nie chcę już, ach niech to trwa dwa tygodnie. Ale nie. Jak się zakocham to tak do końca. Końce u mnie nie są przyjemne. Pogodzona z własnym losem, nawet nie staram się z nim walczyć. Potykam się o własne pragnienia. Jestem jednym kłębkiem nerwów, choć kto tak o mnie myśli? Nikt, powiem Wam szczerze. Nikt kto mnie zna powierzchownie nie pomyślałby, że jestem taka słaba. Silna Akness, tak dobry żart. Powiem Wam, że kiedyś się zmnienię. Będę się starała. Ale nie widząc sensu w przyszłości i nie mając na ną wpływu głupio jest pogrążać się w tym czego nigdy nie osiągniemy. Przeczytałam kiedyś na blogu koleżanki, że: "Wyjechali wczoraj, a ja już tęsknię (...) za Agnieszką, która w 99% wypadków patrzy na świat z trzeźwością godną podziwu." Tak jestem postrzegana. Tylko kim jestem na prawdę? Tą wesołą, zdrowo nienormalną czy tą, którą jestem tutaj? Pełną pesymizmu idiotką myślącą, że ktoś na nią poleci. Nie wiem. Bo szczęśliwa czuję się... szczęśliwa! A teraz... to są głębokie przemyślenia, gdzieś głęboko. NIgdy nie wytłumaczę tego tak jak bym chciała. Potrafilibyście mnie teraz osądzić? Bo ja się przyznam, że sama nie wiem kim jestem.
W głośnikach: happysad - taką wodą być
wtorek, 10 stycznia 2012
Now you're just somebody that I used to know
Samotność nie jest stanem fizycznym. Jest to głęboki stan psychiczny. Można być otoczonym przyjaciółmi lub także żyć po cichu samemu i być równie samotnym. Nie wiem, nie potrafię powiedzieć co jest prawidłowym postępowaniem. Czy udawać szczęście, czy kontemplować ból. Trzeba sobie wybaczyć. To wiem na pewno. Podążając ku upragnionemu celowi trzeba kierować się swoim własnym sumieniem. Mam wrażenie, że całe moje otoczenie ma mnie serdecznie dosyć udając przyjaźń, koleżeństwo. Ostatnio dowiedziałam się śmiesznej rzeczy. Ktoś uważał mnie za siostrę, chciał abym traktowała go jak brata. Śmieszne. Nie wiedziałam, że brata widuje się raz na pół roku. Rozmawia się z nim od czasu do czasu, a zazwyczaj brat tego czasu nie ma. Na moją propozycję spotkania nie odpisuje, czy natychmiast zmienia temat. A ja się na to zgadzam. Ja proponuję spotkania wiedząc, że odpowiedź będzie negatywna. Gdybym wierzyła, że będzie mógł się spotkać nigdy bym nie zapytała o spotkanie. Paradoks dwóch racji równorzędnych. Nie ma szczęścia na tym świecie, nie ma sprawiedliwości. Po co to wszystko skoro nie potrafimy wybaczać? Po co, jesli nie potrafimy zmierzyć się z rzeczywistością, pogodzić się z utratą? Każdy ma swoje problemy innym wara od tego. Ja się nie mieszam, wy sie nie wtrącajcie. Umieramy zawsze i wszędzie. Nikomu nigdy nie jest idealnie wspaniale. Cudownie i niepoprawnie obrzydliwie radośnie. Porozmawiamy dopiero gdy nauczę się kochać i kochając pozwolę odejść. Nie mogę słuchać na około tylko gruchających sobie do ucha ludzi fałszywie wyśpiewujących pod baloknami serenady. Może jest w tym trochę prawdy. Szkoda tylko, że większośc robimy na pokaz. Zróbmy sobie rachunek sumienia. Czy robimy to dla siebie, czy aby inni nam zadrościli? Ja nikogo nie osądzam, to co pisze ma za zadanie osądzić mnie i tylko mnie. Jeśli ktoś znajdzie w tym trochę odwzorowania siebie, to jestem z tego dumna. Nie każdy potrafi przyznać się do własnych błedów, nie każdy ma odwagę. Będę szczera, ja nie mam. Takie jest moje życie, tak wygląda moje spaczona wizja szcześcia. Mam nadzieję, że się to kiedyś zmieni, ale nie wymagam. Pragnę rozmowy, zrozumienia nawet jeśli to ma być ostatnie spotkanie! Chcę powiedzieć kocham i mieć nadzieję, że ktoś to zrozumie. Chyba tego pragniemy, prawda? Chcemy być rozumiani i wiedzieć, że ma się w kimś oparcie. Nikt nie może być szczęśliwy sam, nawet jeśli pływałby w pieniądzach i miał wszystko czego sobie tylko wymarzył. I choć nie wierzymy w przeznaczenie, twierdząc że jest dla przegranych popatrzym wgłąb siebie, czy tak na prawdę nie zaplanowaliśmy już swojego życia. Dajmy się porwać marzeniom niczym kolorowe liście przez jesienny wiatr...
Subskrybuj:
Posty (Atom)