and what if...?

and what if...?

wtorek, 14 lutego 2012

nawet dostałam walentynkę od Ciebie.

To nic nie znaczy. To kompletnie nic nikogo nie obchodzi. To ulatuje niczym powietrze z balonika. Nie chce walentynek, namalowanych serduszek. Nie chcę. To boli, tak cholernie boli. Liczy się gest, tak? Szkoda, że rani. Szkoda, że nie liczymy się z tym, że może jednak ktoś tego nie chce? Nie chce złudnych obietnic, nadziei? Nie chce czuć się wyrzutkiem. Może w tym momencie niektórzy się uśmiechną, wykrzykną: jestem lepsza! Tak. Wiem, że robię błąd, ale nie mogę już tak dłużej. Nie mogę, rozumiesz?! W każdym otoczeniu niby akceptowana. W każdym środowisku niby ktoś mnie lubi. Z litości? Po co ja marnuję swój czas. Wytłumaczcie mi to. Ja się chciałam dobrze bawić, starałam się. Ale czym ja mogę zaimponować? Każdy jest lepszy. Dosłownie każdy. Nie chcę Twojej pomocy. Nie chcę być tą naiwną kretynką. Chcę uciec, jak ja bardzo chcę uciec... Nie mówcie mi: bądź silna! Nie przekonujcie: dasz radę! Nie kłamcie, bo ja uwierzę. A gdy zrozumiem, że to tylko marzenie skończy się to jak to się zawsze kończy od dobrych kilku lat. Owszem, z przerwami. Dłuższymi, krótszymi. Ale kończy się w ten sam, jeden, niezaprzeczalny sposób. Dziwne jest takie radzenie sobie z tym całym nawałem złych doświadczeń. Was to przeraża? A mnie to boli. Boli do cholery. Fizycznie, psychicznie i kurwa w przenośni też! Moje łzy, moje szczere łzy. Drugi raz w życiu szczerze dzisiaj płaczę. To jest takie chore. Pełne sprzeczności. Czemu? Bo jestem nieakceptowana? Niezrozumiana? Bo usilnie się staram i jak zwykle mi nie wychodzi... Tu nawet nie chodzi o facetów, to błahe jest przecież. Tu chodzi o mnie, o to, że zawsze jestem rangi przyjaciółki. Bo chcecie mi usilnie wmówić coś, w co ja uwierzę. Wrażliwa? Tak, jestem wrażliwa. Silna? Nie, tylko na pokaz. Tylko, bo ja nie ronię łez bez powodu. Wykrzyczeć całemu światu, że jestem samowystarczalna? Kiedy ja nie jestem, Kiedy ja pragnę się przytulić, mieć z kim się pośmiać. Straciłam już wszystkich i każdego z osobna. Moje relacjie z osobą, z którą chciałam się zaprzyjaźnić psuje facet, przyjaciela/brata już nie mam. Wszyscy są tak strasznie daleko. Powiedziałam sobie: Aga ustąp. Zawsze to robisz. Nigdy nie walczysz. Powiedzieliście mi: nie, nie ustepuj. Chociaż raz. I co ja z tego mam? Kolejne blizny? Kolejne rozczarowania? Kolejna noc stracona na rozmyślaniach i błaganiach o litość. Chcę spokoju, czy ja tak duzo wymagam? Powiedzcie mi. Bo może za dużo, może muszę coś zmienić. Ja poprostu nie potrafię być szczęśliwa.