and what if...?

and what if...?

środa, 19 października 2011

zawsze wybierasz przeciwną stronę?

Idę ciemną aleją wspomnień. Ludzie nie myślą, gdy mogą stracić ukochaną osobę. Potykam się. Upadam. Gdy podnoszę oczy do góry widzę jego zmartwioną twarz. Podbiegł, aby zobaczyć czy nic mi nie jest. To takie upokarzające. Wiem, że boli go teraz, bo nie może biegać. Co ja robię? Patrzę na swoje ręce, żadnego zadrapania na dłoniach. Uśmiecha się. Widzę ciemne chmury, wiem że będzie padał deszcz. Deszcz wspomnień. Cały mój świat obejmują czarne mary, nocne koszmary czy sny na jawie. Zapadam się pod ziemię. Chcę zniknąć. Znikam często, nawet bardzo. Uciekam szybko z jego życia, czekając kiedy wyciągnie do mnie rękę i powie : wróć. Jak bardzo bym tego chciała. Moja podświadomość zabija każdą komórkę w moim umyśle, która wierzyłaby, że komukolwiek na mnie zależy. Zasypiam. Śnię o tym, że leży przy mnie, moja głowa spoczywa na jego ramieniu. Opowiada mi historię, coś o żaglach. Wiem, że nie pamiętam o czym mówił. Słuchałam wtedy swojego serca, gdy przyspieszyło w szaleńczym pędzie. Modliłam się, by nie poczuł mojego tętna. Cicho westchnęłam gdy przytulił mnie mocniej do siebie. Przechylił głowę, aby stykała się z moją. Mruczy. Pytam się czy idziemy spać. Wtulam się w jego szyję, całuję. Dobranoc. Tak - kolejne wspomnienie, może trochę zabarwione, ale właśnie to wtedy czułam - to chciałam czuć.  Bo przecież nie leżeliśmy w łóżku, tylko pod gołym niebem. Bo przecież nie mogłam go objąć szczelnie, bo spaliśmy w śpiworach. Ale to co czułam nigdy się nie zmieni. Budzę się. Otrząsam ze wspomnień. Chyba pora zapomnieć. Znowu odwracam się, uciekam. Staram się wybiec z tej alei, zatracić się w codzienności. Tak trudno wyciąć sobie część siebie, bo wtedy nie ma się do czego wracać. Z mojego serca wyziera czarna dziura. Błagam, niech samobójstwo nie okarze się jedyną ucieczką.