and what if...?

and what if...?

piątek, 25 listopada 2016

she's not me and she'll never be



Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek tu wrócę. Szczerze mówiąc to miałam nadzieję, że poukładałam siebie i swoje życie na tyle, aby już nigdy więcej nie musieć wylewać tu najciemniejszych zakamarków swojego umysłu. Jednak gdyby był tu ktoś, kto znałby mnie na co dzień, wiedziałby, że moje życie ciągle mnie zaskakuje. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Nic nie jest stałe. Sama dziwię się jak bardzo wszystko potrafi płynnie przestawić mi życie w zupełnie innym kierunku. Jednak gdyby wgłębić się w moje wspomnienia zapisane właśnie tutaj człowiek szybko zorientuje się, że nie dzieje się nic nowego. Moje złe stany psychiczne powracają ze zdwojoną siłą, ale dokładnie takie same jak wcześniej. Moja historia uwielbia się powtarzać. Nie wiedziałam, że można aż tak mocno czuć jak ja, że można tak przeżywać. Człowiek, który żyje uczuciami w dzisiejszych czasach nie ma szans przeżycia. Po raz kolejny czuję się jakbym tutaj nie pasowała. Dlaczego człowiek ma taką łatwość ranienia? Zastanawiam się, czemu ludzie bojąc się myśli skrzywdzenia mnie w jakikolwiek sposób, robią to, nawet o tym nie wiedząc. Po mojej głowie znów krążą myśli ciemne i złe. Powracam do życia samej, powracam do radzenia sobie ze sobą. Albo nie radzenia sobie?

Myślałam, że znalazłam miłość na zawsze. Z taką myślą zostawiłam ten wirtualny pamiętnik, wyruszyłam z wirtualnego świata w moją własną rzeczywistość. Walczyłam, kochałam, wierzyłam we wszystko co było mi pokazane, dane i powiedziane. Dwa lata wierzyłam, ale może tak naprawdę bardzo chciałam wierzyć, że moje na zawsze będzie faktycznie NA ZAWSZE. Jakże się zdziwiłam kiedy okazało się, że moje na zawsze nie trwało nawet dwóch lat. Kiedy nie miałam już siły, kiedy skończyłam się absolutnie i zupełnie – zostawiłam życie takim jakim było i uciekłam ze swojej rzeczywistości. Znowu. Uciekłam. Tak już mam. Kiedy boli tak, że nie mogę oddychać – uciekam. Nie wiem czy to dobrze, nie wiem czy w jakimś stopniu chronię siebie przed światem czy nie. W sumie moje życie się toczy i zmienia w zaskakującym, a może nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że w zastraszającym tempie. 

Szczerze mówiąc nawet rozwód rodziców nie wstrząsnął mną jak to co postanowili zrobić mi moi przyjaciele. Za szybko ufam ludziom. Jestem łatwowierna – tak, przyznaję się do tego. Kiedy ktoś choć w najmniejszym stopniu skradnie moje serce – ja mu je oddaję. Weź je, proszę, błagam, jest Twoje, zaopiekuj się nim, przecież chcesz, wiem, że chcesz… Ciężko żyć mi samej. Jeśli ktoś przyzwyczai mnie do miłości – brakuje mi tego tak bardzo, że aż brakuje tchu. Kiedy budzę się rano i absolutnie nikogo nie interesuje czy się obudziłam… Ta myśl czasem nie pozwala mi podnieść się z łóżka. 

Zastępuję sobie tę pustkę przyjaciółmi, ale nie uważam tego za złą cechę mojego życia. Są przy mnie osoby tylko moje. Wiem, że będą, nie wiem czy zawsze, tak bardzo boję się już słowa „zawsze”. Jednak mam taką nadzieję, marzenie, że nie zostanę całkiem sama. Wiem, że nie zawsze mam czas, nie zawsze mi po drodze do ludzi. Jestem ciężka w obsłudze. Czasem chciałabym za dużo, czasem pragnę zbyt bliskiej bliskości. Wiem, że przyjaciel nie jest mój na zawsze. Nie mam go na wyłączność. Moją największą wadą, największą słabością jest zazdrość. Mimo, że czasem nie mam powodów do zazdrości – zobaczę zdjęcie, czas, który chciałabym spędzić z kimś kto nie chce spędzać go ze mną – zazdrość zalewa moje serce, łzy lecą do oczu, a dziwna niewidzialna lina okręca mi gardło tak mocno, że czasem muszę przypomnieć sobie jak się oddycha. Chociaż, gdyby przemyśleć to dokładnie to myślę, że doszłoby się do wniosku, że to nie zazdrość – to tęsknota. To nie jest tak, że nikogo przy mnie nie ma. Z reguły nie bywam sama. Jednak nie są to te osoby, z którymi chciałabym być. Moje serce rwie do ludzi, z którymi nie powinnam się zadawać. Zawsze tak było. Jednak wiem, że mimo wszystkich nietrafionych znajomości mam w swoim życiu niesamowitą przyjaciółkę. Dziś o tym piszę, bo jest to jedyny element mojego życia, który mi się udał – ponieważ to co teraz opowiem… nawet nie wiem jak nazwać. Jedyne co wiem to to, że muszę to z siebie wyrzucić. Raz na zawsze. Zakończyć historię tak szybko jak się rozpoczęła. Wylać na tę wirtualną kartkę fragmenty swojej duszy. Mam nadzieję, że nikt mnie za to zbyt pochopnie nie oceni. Ja sama potrzebuję poukładać sobie to w głowie. Nie znam lepszego sposobu.

Ciekawa jestem czy ludzie czują emocje tak jak ja. Zastanawiam się czy jestem jedyną lub jedną z niewielu osób na świecie, które tak głęboko potrafią zatracić się w kimś, tak bardzo, że aż po brzegi najgłębszego jestestwa duszy. Nie ma wielu ludzi, w których towarzystwie czuję się tak dobrze, że mogę być naprawdę sobą. Uwielbiam, a wręcz kocham to uczucie. Głęboko wierzę w to, że to jest cel naszego życia – żeby znaleźć kogoś przy kim nie potrzeba nic więcej oprócz tych łaknących swojej obecności dusz. Tak, wierzę w to. Wierzę w duszę, w przyciąganie, w energię, którą ludzie się dzielą. Wiem, że na świecie jest gdzieś ten przyjaciel, ta osoba, która jest idealna – wtedy taki przyjaciel to skarb. Najbardziej cenny. Bardziej wartościowy niż wszystko inne. Niestety nawet jeśli są momenty, chwile, w których się tak czuję – potem jestem naprawdę zraniona i rozczarowana. Ja kocham interakcję międzyludzką, kocham się sobą dzielić, czuć, że kogoś interesuję i uszczęśliwiać tę osobę. Niczego więcej od ludzi nie oczekuję. Jeśli znajdzie się w moim życiu ktoś kto chce mojej obecności – dostanie ją. Ja będę strażnikiem szczęścia, strażnikiem duszy, ostoją. Niestety mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach liczy się tylko skurwysyństwo. Nie warto jest być dobrym człowiekiem. Nie opłaca się to. Z reguły ludzie zranią, w tak łatwy i lekki sposób. A później zbierasz kawałki tej potłuczonej duszy z podłogi, podnosisz je w krwawiących dłoniach i ze łzami w oczach oddajesz je właśnie tym, którzy zranili tak głęboko. Mając świadomość tego, że nikt już się Tobą nie zaopiekuje. Siedzisz i płaczesz, nie śpisz i nie jesz. Wmawiasz sobie, że nie jesteś warta miłości. Nienawidzisz siebie z całego serca i szukasz błędu. 

Kiedy kochasz innego człowieka czując zbyt mocno możesz go wystraszyć. Później kiedy postanowi Cię zostawić samej sobie umierasz po cichu lecz nie wiesz dlaczego to zrobił. Nigdy nikt nie obiecał mi wieczności, nie czułam stałości. Jednak kiedy poczułam się bezpieczna zaufałam jak głupia. Nie ma to większego znaczenia, znaczy się dla mnie miało. Jednak wciąż muszę sobie przypominać, wciąż łapię się na tym, że to ja czuję bardziej. Normalni ludzie tak nie czują. To ja jestem jakaś inna. Wtedy wszystko co się dzieje dookoła mnie ja widzę inaczej. Kiedy myślę, że komuś na mnie zależy – nie zależy. To jest tak ciężkie i trudne do przetrwania. To nie jest takie kolorowe i bajeczne. Robię sobie zbyt wiele nadziei. Szukam, ale jednak nadal nie mogę znaleźć rozwiązania mojego problemu. Chciałabym przestać funkcjonować w ten sposób, chciałabym potrafić nie szanować ludzi, wybierać rozważnie swoich znajomych. Jednak świat jest inny, nie taki jak w mojej głowie niestety. Czasem chciałabym się nauczyć odmawiać ludziom, bycie Matką Teresą XXI wieku nie jest łatwe, musicie uwierzyć mi na słowo. 

Kiedy po raz kolejny zachwyciłam się cudzym umysłem bałam się. Byłam przerażona, ale zafascynowana chyba jeszcze bardziej. Wbrew wszystkim znajomym i głosowi rozsądku zatracałam się w szczęściu, które było mi dawane i dawałam z siebie jak najwięcej – może nawet pokuszę się o stwierdzenie, że wszystko. Po raz kolejny znalazłam bratnią duszę, tak cholernie bałam się, że znowu ją stracę. Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby ta chwila, te przegadane godziny, te dni spędzone razem trwały tak długo jak to tylko możliwe. Nie musiałam się starać, czułam to. Zawód polegał na tym, że tylko ja to czułam. Chciałam rozmawiać, kochałam rozmawiać. Niestety po raz kolejny zostałam wytrącona z tej równowagi, a kiedy to się dzieje – nie wiem kim jestem. Kończę się po raz kolejny, nie znam już siebie, nie kontroluję swoich emocji. Żyję w emocjonalnej pułapce. W takich momentach nie dość, że nikt mnie nie rozumie, to ja sama siebie nie rozumiem. Głęboko zraniona atakuję jeszcze bardziej. Nie potrafię tego wyjaśnić. Długie tygodnie zajmuje mi doprowadzenie siebie z powrotem do stanu używalności. Wtedy na swój sposób układam sobie coś w głowie, może nie zawsze zgodnie z prawdą, ale tylko tak potrafię to załatwić. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że tylko ja tak mam. Nie sądzę, żeby było wielu ludzi na tym świecie, którzy myślą w podobny sposób co ja, przywiązują się w taki sposób. Żyjemy prosto, a tylko ja podpalam się dla osób, które stoją i patrzą jak płonę zamiast gasić pożar. Myśl, że jestem w jakimś stopniu zepsuta ciągle mnie zabija od środka. Nie chciałam nigdy, żeby tak było, ale jednak tak jest i pewnie na zawsze już tak zostanie. Staram się za wszelką cenę uspokajać siebie i swoje myśli. Pisząc to staram się zakończyć pewien etap. Etap, w którym zostało mi odebrane po raz kolejny szczęście. I ja wiem, że nikt tego tak nie widzi. Nikt też nie słucha tego co mówię. Moje uczucia nie znaczą nic. Po raz kolejny się o tym przekonałam. Kiedy ja nazywam kogoś swoim przyjacielem oznacza to, że ufam mu tak mocno, jak tylko można. Kocham tak samo mocno. Zawsze tak miałam, nie chcę tego zmieniać. Wiem, że kiedyś ktoś powie mi, że jestem na tyle dobra, że mogę zostać na dłużej. Nie znoszę jednak jednej ludzkiej słabości – kłamstwa. Nie jestem w stanie tego tolerować, nie w sprawie uczuć, nie w sprawie dla mnie ważnych. 

Potrzebuję czasem ściągnięcia mnie na ziemię z chmur. Tym razem zrobiono to w zbyt brutalny sposób. Zakończyłam staranie naprawienia relacji, które tak czy inaczej nie mają już racji bytu. W jakiś sposób tak szybko rozpoczęta i zakończona znajomość dała mi coś, za co jestem tak cholernie wdzięczna – szacunek do siebie samej. Może właśnie tego miałam się nauczyć? Może właśnie po to zaistniała w moim życiu taka sytuacja. Bólu po takich brutalnych czynach nie zapomnę raczej nigdy, wydaje mi się, że nigdy nikt mnie w taki sposób nie skrzywdził. Stracił moje zaufanie całkowicie – a jest to coś czego już nie potrafię odbudować. Trzeba podnieść głowę i przyznać się do swoich wyborów i mieć odwagę powiedzieć to głośno. Jeśli ktoś nie słucha – napisać i zakończyć to z szacunkiem do siebie nawzajem. Zapamiętać to co dobre. Jednak mimo wszystko nie zapominać i nie wybaczać złego. Sama osobiście mam jeszcze na tyle szacunku do innych, że nie potrafię im życia zniszczyć tak jak to notorycznie jest robione mnie. Ale ja się pozbieram. Wiem, że potrafię to zrobić. Pisząc to czuję niesamowitą ulgę. Nawet radość. Bo widzę, że jestem dzięki temu tylko silniejsza. Mimo tego, że znów pokochałam i znów zostałam potraktowana jak śmieć. Przez przyjaciół. Pierdolonych przyjaciół. Zdradzona. Ale to nic. Naprawdę nic nie szkodzi. Żal mi innych, nie mnie samej. Ja wiem, że jestem w stanie poczekać. Poczekać tak długo jak będzie trzeba. Poczekać aż ktoś w końcu zauważy krzywdę wyrządzoną mnie. Ale wtedy już będzie za późno, z resztą mam wrażenie, że już jest za późno. Dlatego nie ma sensu tego ratować, nie ma sensu ranić siebie niedokończonymi sprawami.

Czasem jedyne co można zrobić to oczyścić duszę i iść dalej do przodu.