and what if...?

and what if...?

czwartek, 29 grudnia 2011

długośc dźwięku samotności.

Nie wierzę w przeznaczenie. To nie ma sensu. Przecież to nie istnieje. Nie mamy drogi wyznaczonej przez kogoś tam na górze. Sami musimy przecierać szlaki i starać się o to, co w życiu najważniejsze. Nikt tego za nas nie zrobi. Musimy istnieć, musimy żyć. To jest bardzo trudne, ale zależy tylko od nas. Nie bądźmy tchórzami. Każdy z nas znajdzie kiedyś swoje powołanie, ale musi się postarać. życie jest krótkie, a ja i tak już za dużo z niego zmarnowałam. Nie ma po co rezygnować z przyjemności, jesteśmy młodzi, mamy jeszcze wszystko przed sobą. Nie zawracajmy sobie głowy przelotnymi miłościami. Staram się zmienić, wiem że to pewnie tylko tak na chwilę. Ale jeśli ja teraz w to wierze, może wy uwierzycie na dłużej. Nie wiem czemu tak wszystko teraz odbieram inaczej. Jedna rozmowa, jedno małe 'tęsknię'... nawet nie wiem czy do mnie. Staram się wszystko sobie poukładać. Spróbujcie, to nie taki głupi pomysł. Nie wiem czy to ma sens, ale wstaję o siódmej i staram wydłużyć sobie dzień. Może nie zawsze wszytko jest po mojej myśli, ale ważne, że tego chcę. A bardzo chcę się zmienić i wiem, że Wy w głębi serca też. To nie samotność powinna budować w nas domy, to nie strach powinien budować mosty.  Trzymajmy się za ręce, bliskość jest cudowna. Może to wydaje się absurdalne, tak może się wydawać. Może nie wierzycie w tak szybką moją zmianę. Ja tak czasami mam, budzę się i wiem, że teraz będzie lepiej. Może za jakiś czas coś mnie załamie, coś podetnie mi skrzydła. Ale wiedzcie, że to nie jest okres przejściowy, taka jestem, tylko gdzieś głębko w środku sprytnie to ukrywam.

czwartek, 22 grudnia 2011

moje stany depresyjne

Zapadam się pod ziemię i z każdym krokiem jestem niżej w tej popapranej hierarchii społeczeństwa. Codziennie powstają we mnie nowe paranoje. W pogoni za własnym szczęściem gubię życie i wiem, że już tam nie wrócę. Nie mam marzeń i coraz częściej przyłapuję się na beznadziejnym wspominaniu, bo żyję przeszłością. Szukałam, znalazłam, starałam się, odeszło. Znikło. Starając się o Niego straciłam wszystkich innych, bo liczył się 'tylko On'. Teraz załuję i nie potrafię wpasować swojego kształtu w otoczenie. Moje absurdalne stany depresyjne. Życie mi ucieka, a ja nawet nie staram się tego powstrzymać. Co ja robię? Pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi, a mimo to starają się mnie pocieszyć, przytulić. Wolę być sama, wiesz? Wiem, że jestem najgorsza, widzę siebie taką w swoich oczach. Nie mogę znieść swojego odbicia w lustrze, tak jak nie mogę znieść nietolerancyjnych ludzi. Nie dziwię Ci się, że mnie nie potrzebujesz, bo jestem bezużyteczna. W swojej samolubności cholernia samotność doskwiera ze zdwojoną siła. A te święta wcale nie będą takie 'radosne, szczęśliwe i pogodne'. Atmosfera świąt rozpoczynająca się w październiku nie ma już takiej urody. Tak samo jak ja. Przesłuchane do porzygu, oklepane pioseneczki plus nieszczere życzenia. Mamy ten swój XXI wiek który, nie oszukujmy się, jest beznadziejny. Już nie ma sensu wybieganie w przyszłość, bo w dobie tak rozwiniętych zdolności ludzkich nawet jutro możesz umrzeć. Zmieniamy się, ale nie jestem pewna czy na lepsze. Nie jesteśmy już sobą, tylko oddziałem klonów chodzących po tym samym świecie na tych samych zasadach. Absurd tych sytuacji jest powalający, aż śmieszny. Powodzenia, dla mnie i dla Was. Nie widzę sensu swojego istnienia i nie potrafię odbijać się z dna. Wymyka mi się wszystko, na co tak długo pracowałam. Uczucie pustki wypełnia każdy zakamarek mojego ciała, a ja pragnę kogoś. Już nie Jego. Kogoś, kto będzie mój. Dawno nie byłam szczęśliwa. Codzienność. Może czeka na mnie, tak jak ja czekam. Rozmazuję się. Chcę. Życie jest krótkie, a ja nie potrafię czerpać z niego pełnymi garściami. Wypełniam je skórkami od pomarańczy skutecznie imitując radość. Taka mała, taka zgrabna, taka ostra - moja najlepsza przyjaciółka - żyletka. Nie. Już nie chcę. Boli bardziej już. Ból nie oczyszcza mnie. Nie. Skończyło się jedyne wyzwolenie. Nie sprawia przyjemności. Jak to? Nie boli mnie... Dlaczego? Nie wiem. To było moje od zawsze. Teraz zrobiło się tak cholernie popularne.. Wszyscy na około mają tylko szramy na rękach. Nie rozumiem tego. To nie mój świat. Ja nie chcę takiego świata. Tak bardzo nie chcę...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

absurd

Przemijam. Moja historia powoli dobiega końca, a ja znowu przeżywam jakies błahe rozstanie. Mój światopogląd zmienia sie diametralnie, nie wiem kto jest kim. Nigdy nie miałam uczucia strachu, czy lęku. Teraz nawet boje sie bać bólu, boje się swoich przyjaciół. Przecież ja nie mam przyjaciół. W tym potoku bezbarwnych dekoracji, staram się chwycić czegoś, co nie pozwoli mi zupełnie sie pogrążyć. Uciekam do środka siebie, bo nie wiem już kim jestem, skąd pochodzę. Gubię się w labiryntach ludzkiej podświadomości i gdyby nie to, że pragnę zobaczyc Cię znów dawno już by mnie tu nie było. Dziwię się sobie, jak mogę być taka słaba. Kropla po kropli topi sie we mnie poczucie pweności siebie czy wiary w świat. Przyciągam niewidzialnym magnesem ludzi, którzy wiedzą co znaczy ból. Tylko, że oni są odważniejsi. Głębokie rany, czy wypalone dziury na nadgarstku - zobaczyłam to u niego na ręce i od tego momentu nie moge się mu oprzeć. Sama MUSZĘ tego spróbować. Pragnę tego. Szkoda, że jest tak niedostepne. Ostatnio wszystko przekształca się w nic. Myśli samobójcze od jakiegoś czasu krążą po mojej głowie i są coraz wyjaźniejsze. Tracę ludzi dookoła siebie, bo odpycham ich ze zdwojoną stanowczością. Kłócę się, bo przecież to tak bezduszne istoty. Płaczę po nocach, bo nagle uświadamiam sobie, że jestem cholernie samotna. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym się przytulić i cholernie tęsknię za normalnym życiem. 

ta sama inna Akness, a w głośnikach: Delirium - Żyletka

piątek, 28 października 2011

I become nothing.

Tak, znowu jest źle. Gubię się w swojej podświadomości, nie wiem czego ona ode mnie chce! Trzymałeś kiedyś piasek w dłoni? Gdy zaciśniesz pięść piasek się wysypie. Jednak gdy zostawisz otwartą rękę - nie wypadnie nawet ziarenko. Nie trzymaj piasku zaciśniętego, nie staraj się ratować tego, co i tak nie ma sensu. Puść go wolno. Chociaż nie wiem jak by bolało, ile czasu przez to zmarnujesz. Wiedz, że nie wróci, oswój się z tą myślą. Niech Cie zabije. Mnie zabija. Nie chcę zostać na dnie. Nie chcę być wrakiem statku, chociaż nabieram już wody - tonę. Zanikam w tłumie, odpływam w czeluści nieznanej dla mnie jeszcze otchłani. Boli. Jak łatwo kogoś stracić. Powiesz coś czego nie chciałeś. Licz się z tym, że to będzie pierwszy krok, który jest jednocześnie końcem. Końcem czegoś co miało być piękne. Śmieję się. Czasami, gdy już jest tak kompletnie źle siadam i zaczynam się panicznie, nerwowo śmiać. Odchodzę. Tak, wiem. Okłamuje Ciebie, okłamuję siebie. Przepraszam. Coraz częściej rozważam, co jest warte me życie. Ciągnie mnie - odwagi! Wyciągnij rękę, zaciśnij dłoń. Do roboty. A kiedy skończyć? Gdy łez będzie więcej niż krwi, gdy poczujesz wyzwolenie. Nie. Nie tnij się. W tym nierealnym związku to moja rola. Tak łatwa. Tak beznadziejna, tak marna. Kłam, nie to też mój przydział. Oszukuję Was, a wcale tego nie chcę. Tak wyszło. Już wiem, że będę sama, że jeśli nie zbiorę się w sobie spłynę jak łza po policzku i utonę w tkaninie, z której zrobiona jest Twoja koszula. To ja, poznaj osobę, która nie potrafi się uwolnić od smutku. 'Chodź utaj' NIE! Samotność, to taka straszna trwoga. Przytul mnie, dawno nikt mnie nie przytulał. Jestem jakby idealnie wpasowana w kształt Twoich ranion. Nie. Jesteśmy tacy różni. Z całego tego teatru uczuć przypada mi rola wiecznej przyjaciółki. Tak. To krew wyzwala we mnie takie uczucia. Dobrze, że nikt mnie nie kocha. Bo nikt nie będzie tęsknił, kiedy zadecyduję o wiecznej samotności.

środa, 19 października 2011

zawsze wybierasz przeciwną stronę?

Idę ciemną aleją wspomnień. Ludzie nie myślą, gdy mogą stracić ukochaną osobę. Potykam się. Upadam. Gdy podnoszę oczy do góry widzę jego zmartwioną twarz. Podbiegł, aby zobaczyć czy nic mi nie jest. To takie upokarzające. Wiem, że boli go teraz, bo nie może biegać. Co ja robię? Patrzę na swoje ręce, żadnego zadrapania na dłoniach. Uśmiecha się. Widzę ciemne chmury, wiem że będzie padał deszcz. Deszcz wspomnień. Cały mój świat obejmują czarne mary, nocne koszmary czy sny na jawie. Zapadam się pod ziemię. Chcę zniknąć. Znikam często, nawet bardzo. Uciekam szybko z jego życia, czekając kiedy wyciągnie do mnie rękę i powie : wróć. Jak bardzo bym tego chciała. Moja podświadomość zabija każdą komórkę w moim umyśle, która wierzyłaby, że komukolwiek na mnie zależy. Zasypiam. Śnię o tym, że leży przy mnie, moja głowa spoczywa na jego ramieniu. Opowiada mi historię, coś o żaglach. Wiem, że nie pamiętam o czym mówił. Słuchałam wtedy swojego serca, gdy przyspieszyło w szaleńczym pędzie. Modliłam się, by nie poczuł mojego tętna. Cicho westchnęłam gdy przytulił mnie mocniej do siebie. Przechylił głowę, aby stykała się z moją. Mruczy. Pytam się czy idziemy spać. Wtulam się w jego szyję, całuję. Dobranoc. Tak - kolejne wspomnienie, może trochę zabarwione, ale właśnie to wtedy czułam - to chciałam czuć.  Bo przecież nie leżeliśmy w łóżku, tylko pod gołym niebem. Bo przecież nie mogłam go objąć szczelnie, bo spaliśmy w śpiworach. Ale to co czułam nigdy się nie zmieni. Budzę się. Otrząsam ze wspomnień. Chyba pora zapomnieć. Znowu odwracam się, uciekam. Staram się wybiec z tej alei, zatracić się w codzienności. Tak trudno wyciąć sobie część siebie, bo wtedy nie ma się do czego wracać. Z mojego serca wyziera czarna dziura. Błagam, niech samobójstwo nie okarze się jedyną ucieczką.

niedziela, 16 października 2011

nie udawaj nikogo

Życie każdej osoby biegnie własnym traktem. Codzienność przewija się jak klatki filmu, których nie chcemy oglądać. Czasem bieg wydarzeń zwalnia, plącze się i zawiązuje. Jednak potem zaczyna szaleńczo gnać na łeb, na szyję. Umieram. Moje życie jest jak zapomniana, a jednak ukochana książka. Wiemy, że jest - istnieje w ciszy na półce, jednak nie sięgamy po nią zbyt często - znamy ją na pamięć. Potrafimy wyrecytować jej kawałki z pamięci - tak bardzo chcemy, by istniała w naszych umysłach. Tak, znam go na pamięć. Umiejętność czytania książek zanika wraz z rozwojem komputerów, telefonów - era Internetu. Zwalniam. Kocham powracać. Powroty są ckliwe i bardzo emocjonalne. Czytam. W każdej powieści mam swój ukochany moment, gdzie czytam każdą linijkę tysiąc razy wolniej, przeżywam je tak jak wyimaginowani bohaterzy w mojej głowie. Często śnię. Zazwyczaj widzę w swoich snach osoby, których mi najbardziej brakuje w danej chwili. Przewija się tam rodzina, przyjaciele, koledzy - nieznajomi. Zamykam oczy. Tak - widzę go przed nimi, widzę jego wyraz twarzy kiedy na mnie patrzy. Czuję jego dotyk. Odwracam się, uciekam. To takie nierealne. W prawdziwym życiu nigdy by to nie zaistniało. Kocha mnie. Nie! Nie kocha. Jesteśmy do siebie bardzo przywiązani, wręcz jedno bez drugiego nie może istnieć. Tylko szkoda, że w tą naszą harmonię zawsze wplątana jest jakaś ONA. Wiem, że to przejściowy okres, że zaraz TO się skończy. Zawsze się kończy. A rozpoczyna krwią. Moją krwią, gdy postanawiam sobie, że do niego nie napiszę, nie zadzwonię, nie odezwę się. To coś jak taka uroczysta obietnica zakrapiana nieczystą hemoglobiną. Zatruwam się od nowa dymem nikotynowym, zatapiam swoja wątrobę winem. Mieszam z nim świarzą krew. Płaczę. Niezbyt często, a jednak. Udaję sliną, śmieję się w głos, jestem w centrum. Nie przyznam się. To jak wyznanie najgorszej zdrady, jak umieranie. Moja psychika wysiada, mówi zatrzymaj się. STOP! To ja. Poznaj mnie. Ucieknij, bo czuję, że Cie przerażam. Żegnaj, piękny koszmarze.

poniedziałek, 19 września 2011

tak jest po prostu łatwiej

Idę ulicą i wiem, że nie powinnam teraz iść sama. Jestem świadoma tego, że w tym momencie powinnam zadzwonić. Powiedzieć prawdę. Nie odpowiedzieć na proste pytanie -co tam? - wszystko dobrze. Chciałabym w końcu być na tyle silna. Przyznać się do najgorszej rzeczy, którą może zrobić najlepsza przyjaciółka. Powiedzieć: zakochałam się. Nie chcę tego więcej ukrywać. Bo to jest chore, doprowadza mnie do szaleństwa. Doprowadza do tego, że zaczynam nosić wszędzie przy sobie scyzoryk. Cholernie nie podoba mi się ten świat, ten który oglądam. Przez pełne łez oczy, które kochają tylko jeden widok, wąchać świeże deszczowe powietrze nosem, który chce czuć tylko jeden zapach. Dotykać, czuć palcami stronnice książek, choć to nie ten dotyk chciałyby zapamiętać sobie moje dłonie. Zaczynam odnawiać w sobie rządzę świeżej krwi. Mój lewy nadgarstek pokrywa się prostymi, cienkimi liniami, prostopadłymi do siebie. Płaczę. Chusteczka pod ręką alarmuje o upływie cennej substancji tłoczonej przez moje teoretycznie martwe serce. Chcę zapomnieć. Gdy biel chustki całkowicie zostaje pokryta czerwienią odczuwam ulgę. Chorą satysfakcję. Uśmiecham się. Wiem o tym, że gdybym przypadkiem spotkała go teraz na ulicy, wyciągnęła rękę dostałabym nie zły ochrzan. Popatrzyłby się na mnie z bolesną miną i powiedział 'nie odzywaj się, póki te pierdolone szramy nie zejdą' - najczęściej biorę wtedy jego lewy nadgarstek w swoją poranioną rękę, patrzę się na niego i wypowiadam tylko jedno słowo : HIPOKRYTA. Stawiam mu wtedy warunek - jeśli przestaniesz - to ja też. Zgadzamy się na to obydwoje. Jednak po cichu, w zakamarkach swoich pokoi wyciągamy scyzoryki i potajemnie dajemy upust złości. Mam wrażenie, że on mnie też kocha. Czuję prąd, gdy łapie mnie za rękę, mówi do mnie 'słońce', opiekuje się i mówi : zależy mi na Tobie. Jednak wiem, że mimo, że jestem mu bliska jednak to nie ja dostąpię tego zaszczytu spróbować jednej rzeczy, której nigdy nie było mi dane zaznać - smaku jego ust. Nawet jeśli są bardzo blisko. Odwracam głowę, dając mu buziaka w policzek. Kochając go, chwalę każda jego nową dziewczynę. Z reguły są bardzo ładne - on jest przystojny. Czasem tyko mam wrażenie, że widzę ten błysk w jego oczach. Jednak wiem, że mu tego nie powiem. Słowa kocham Cię nigdy nie zostaną przeze mnie wypowiedziane w jego kierunku. Tylko i wyłącznie dlatego, że się po prostu boję...

niedziela, 5 czerwca 2011

świadomość.

Gubię się w swojej podśwaidomości. Udając huśtawkę kołysaną na wietrze staram się być niezależna nawet od tego durnego wiatru, który nie chce zostawić huśtawki w stanie spoczynku. Zabiegana ciągne muszę oglądać się za siebie, aby zobaczyć czy nie zostawiłam gdzieś cząstki siebie. Kurczowo trzymam się ram obrazka, aby nie podrzeć płutna na którym muszę codziennie pisać swoją historię. Kiedyś może zobaczę efekty swojej pracy, na razie mam serdecznie dosyć tej pogoni za sukcesem. Jedyną radość, której nigdy zawiele sprawiam mi teraz wielogodzinne siedzenie w stajni z moją najlepszą przyjaciólką-klaczką Malwiną. Staram się choć na chwilę wyłączyć świadomość i zatracić się w bezimiennej ciszy. Jak na razie idzie mi fatalnie!

środa, 19 stycznia 2011

szampańskie imieniny.

Gubię się w tłumie ludzkich istnień. Wszyscy są o krok przede mną. Wszyscy lepsi. Wspomnienia przewijają mi się jedno po drugim przez umysł, mieszając z jawą. Cały świat jest dzisiaj na mnie zły. Całe może ludzkich istnień mnie denerwuje tak potwornie, że mam ochotę odejść. Gdzieś daleko, gdzieś gdzie będę tylko ja i grupa najbliższych mi osób. Wszystko idzie mi źle. Jestem pośmiewiskiem tych, na których najbardziej mi zależy. Nie potrafię poprawnie sklecić zdania. Odezwać się tak, żeby nikt mnie nie wyśmiał. Od samookaleczenia jest bliska droga do samobójstwa. To takie proste. Przekroczyłam pierwszą granicę - przekroczę i drugą. Ale nie chcę. Nie chcę odchodzić, a wiem że byłabym zdolna to zrobić. To krytyczne momenty. Takie, w których psychika człowieka wysiada. Takie, w których mamy ochotę zmienić się w bezduszną przerażającą karykaturę. Takich momentów w moim życiu jest wiele. Wiele chwil, momentów, minut. Czas. Uciekający lub goniący za bezbronnym człowiekiem. Bezlitosny świat pełen okrucieństwa. Moje nędzne życie w porównaniu do niego to nic. Ale to MOJE życie. To ja tu będę musiała podejmować kluczowe decyzje. To ja zniechęcam do siebie przyjaciół lub ich perfidnie od siebie odtrącam. To ja zakładam papierową torbę na głowę, aby przejść przez ulicę. Wstydzę się. Wstydzę się swoich poglądów i wstydzę się swojego podejścia do życia. Ból przeradzający się w dziką satysfakcję z krwi i ran na nadgarstkach. Tego też się wstydzę. Otoczenie mną gardzi. Ludzie, którzy byli moim światem zamieniają się rolami jak w teatrze. Na scenę wchodzą dublerzy. Nie rozumieją mojego języka. Sama przestałam go rozumieć. To nie mój teatr, nie moja sztuka. Pora zmienić epokę.