and what if...?

and what if...?

środa, 19 stycznia 2011

szampańskie imieniny.

Gubię się w tłumie ludzkich istnień. Wszyscy są o krok przede mną. Wszyscy lepsi. Wspomnienia przewijają mi się jedno po drugim przez umysł, mieszając z jawą. Cały świat jest dzisiaj na mnie zły. Całe może ludzkich istnień mnie denerwuje tak potwornie, że mam ochotę odejść. Gdzieś daleko, gdzieś gdzie będę tylko ja i grupa najbliższych mi osób. Wszystko idzie mi źle. Jestem pośmiewiskiem tych, na których najbardziej mi zależy. Nie potrafię poprawnie sklecić zdania. Odezwać się tak, żeby nikt mnie nie wyśmiał. Od samookaleczenia jest bliska droga do samobójstwa. To takie proste. Przekroczyłam pierwszą granicę - przekroczę i drugą. Ale nie chcę. Nie chcę odchodzić, a wiem że byłabym zdolna to zrobić. To krytyczne momenty. Takie, w których psychika człowieka wysiada. Takie, w których mamy ochotę zmienić się w bezduszną przerażającą karykaturę. Takich momentów w moim życiu jest wiele. Wiele chwil, momentów, minut. Czas. Uciekający lub goniący za bezbronnym człowiekiem. Bezlitosny świat pełen okrucieństwa. Moje nędzne życie w porównaniu do niego to nic. Ale to MOJE życie. To ja tu będę musiała podejmować kluczowe decyzje. To ja zniechęcam do siebie przyjaciół lub ich perfidnie od siebie odtrącam. To ja zakładam papierową torbę na głowę, aby przejść przez ulicę. Wstydzę się. Wstydzę się swoich poglądów i wstydzę się swojego podejścia do życia. Ból przeradzający się w dziką satysfakcję z krwi i ran na nadgarstkach. Tego też się wstydzę. Otoczenie mną gardzi. Ludzie, którzy byli moim światem zamieniają się rolami jak w teatrze. Na scenę wchodzą dublerzy. Nie rozumieją mojego języka. Sama przestałam go rozumieć. To nie mój teatr, nie moja sztuka. Pora zmienić epokę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz