and what if...?

and what if...?

środa, 8 lutego 2012

a nie tą, co żałośnie całą noc w gardle pali ogniem.

Nie mogę już. Coś robię źle. Pogubiłam swoje priorytety. Znowu pozwoliłam sobie się zakochać. Błąd, który popełniamy drugi raz nie jest już błędem. 'Ty lubisz cierpieć' usłyszałam od kogoś tam kiedyś tam. Tak. Wiem. Zrywam umowę bezpowrotnie. Bo wracam. Do tego nieubłaganego nałogu. Zabijcie mnie, ale muszę. Nie zrozumie mnie nikt, bo sobie zwyczajnie na to nie pozwalam. Nie chcę już, ach niech to trwa dwa tygodnie. Ale nie. Jak się zakocham to tak do końca. Końce u mnie nie są przyjemne. Pogodzona z własnym losem, nawet nie staram się z nim walczyć. Potykam się o własne pragnienia. Jestem jednym kłębkiem nerwów, choć kto tak o mnie myśli? Nikt, powiem Wam szczerze. Nikt kto mnie zna powierzchownie nie pomyślałby, że jestem taka słaba. Silna Akness, tak dobry żart. Powiem Wam, że kiedyś się zmnienię. Będę się starała. Ale nie widząc sensu w przyszłości i nie mając na ną wpływu głupio jest pogrążać się w tym czego nigdy nie osiągniemy. Przeczytałam kiedyś na blogu koleżanki, że: "Wyjechali wczoraj, a ja już tęsknię (...) za Agnieszką, która w 99% wypadków patrzy na świat z trzeźwością godną podziwu." Tak jestem postrzegana. Tylko kim jestem na prawdę? Tą wesołą, zdrowo nienormalną czy tą, którą jestem tutaj? Pełną pesymizmu idiotką myślącą, że ktoś na nią poleci. Nie wiem. Bo szczęśliwa czuję się... szczęśliwa! A teraz... to są głębokie przemyślenia, gdzieś głęboko. NIgdy nie wytłumaczę tego tak jak bym chciała. Potrafilibyście mnie teraz osądzić? Bo ja się przyznam, że sama nie wiem kim jestem.

W głośnikach: happysad - taką wodą być