Kiedyś rozmawialiśmy. Kiedyś witałam dzień Twoim dzień dobry, a Ty wiedziałeś, że pożegnasz swój moim dobranoc. Co się zmieniło? Starałam się. Może za bardzo? Poprzez nietrzeźwe patrzenie na świat miałam zaburzony obraz właściwego Ciebie. Wyidealizowany? Odbierałam wszystko jaśniej i wyżej. Ale czy lepiej? Stałeś się dla mnie ostoją jak ja dla Ciebie opoką. Byłam. Krzyczałam ze szczęścia, cicho szeptałam smutki. A Ty wiedziałeś, że gdzieś w eterze jestem cicha ja, trochę zagubiona, trochę wystraszona. Biegnąca na pomoc jeśli tyko jej potrzebujesz. Każdy ból i każde cierpienie przelewałeś na mnie i stawałeś się znowu wolny i radosny. Ja za to trawiłam to wszystko w sobie jak coś bardzo ciężkostrawnego. Obolała ale z uśmiechem na twarzy witałam nowy dzień po nieprzespanej nocy. Kolejny Twój problem prysł. Nie pomyślałeś jednak, że zostawiają one rysy na mojej duszy. Czas nie leczy ran. Ja zapamiętałam dokładnie każdą Twoją troskę. Nasza przyjaźń była przepełniona bólem i może to właśnie dlatego jest teraz tak trudno. Nie da się zbudować domu na piasku. Uciekałeś ze szczęściem gdzieś daleko. Nie dzieliłeś się nim. Ja przeżywałam swoje chwile sama albo starałam się je bagatelizować. Nie mogłam się nimi z Tobą podzielić. Nie wyobrażasz sobie jak bardzo tego chciałam. Nigdy nie potrafiłam wykrztusić, że mi Ciebie brakuje, że tęsknię. Czy odchodziłeś czy wracałeś ja witałam Ciebie z lśniącymi oczami. Widziałeś je? Pewnie nie, pewnie nie obchodziło Ciebie to co czuję, ważny był Twój nowy problem. Może tym razem znowu zbyt surowo osądzam. Chciałeś, prosiłeś abyśmy mieli więcej czasu dla siebie. Tylko nie rozumiem dlaczego mimo wszystko tak boleśnie mnie odtrącasz. Nawet nie wiesz, ile bym dała żebyś mnie przytulił sam z siebie. Żeby już nigdy więcej nie zobaczyć tej chorej obojętności w Twoich oczach kiedy przypadkowo wpadnę (tak, ja wpadnę, bo Ty mnie nie zauważysz) na Ciebie na ulicy. Żeby znowu zobaczyć od Ciebie wiadomość. Żeby już nie czekać. Kilkakrotnie wpadałam w stan, który by można nazwać letargiem, kompletną bezgraniczną obojętnością. Tak mi się przynajmniej zdawało. Nie było Ciebie blisko, nie było Ciebie daleko, wysoko czy nisko. Nie było Ciebie i koniec i kropka. Mi zatem wydawało się, że nie potrzebuję Ciebie. Już nie. Udawało mi się poukładać wartości, poustawiać na półeczkach w duszy wszystkie wyższe idee. Wtedy jak tornado wpadałeś i demolując wszystko ustalałeś nowy porządek. Powtarzałeś się. Systematycznie. Diabolicznie. Boleśnie. A kiedy znowu huragan ucichł posłusznie zabierałam się za sprzątanie po Tobie. Ale szafki się już połamały. Moja dusza jest załamana. Bo ja czekam. Szepczę cicho: proszę wróć, proszę wróć, wróć, wróć proszę. Zrób bałagan w mojej duszy. Z bałaganem mi do twarzy. Ten bałagan oznajmia powrót ciepła. Powrót Ciebie. Przyjaciela do przyjaciółki. Duszy do duszy. Serca do serca. Powrót nas.
bardzo ladnie tylko zmien czcionke laska bo ciezko sie czyta!
OdpowiedzUsuńCiekawe na jak wiele sposobów można opisać rozczarowanie... Coś w tym poście jest enigmatycznego.
OdpowiedzUsuńNiby to przerysowane, a zarazem prawdziwe...
Pozdrawiam